W tomie „Echo wydarzeń”, stojąc w połowie swej Drogi twórczej, wsłuchuję się we własną przeszłość, jednocześnie z ufnością zaglądając przez ramię przyszłości. Co ma być, to będzie. Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr.
Pozostając wiernym poetyce dziennika lirycznego, sporządziłem w swojej najnowszej książce rejestr wydarzeń, które były i są. Prowadził mnie nie tyle nawet głos, co jego echo. Zamiarem moim było przeniesienie wydarzeń pozornie minionych tam, gdzie czas stoi w miejscu. Stąd do wieczności.
CIAŁO DOSKONALE BIAŁE
Mogłem się odbić jak od ściany.
Mogłem załamać się jak most.
Rozproszyć się jak lud wybrany.
Nie brnąć w szczegóły, iść po kole.
Prowadził mnie nawet nie głos.
Przez mętlik myśli i słów natłok
płynęły fale – ultrafiolet.
Podczerwień – niewidzialne światło.
DEFICYT UWAGI (IN LINGUA VOLGARE)
Gramy pod wieczór w badmintona.
Choć ona mówi, że „w paletki”.
Ciała w wypadach, w zwrotach, w skłonach.
Ogień słomiany, lecz skuteczny.
Może by się tu i przydało
uczciwe opisanie siebie.
Dosadność by je ułatwiła,
coś w stylu „sperma na mózg jebie”
lub chociaż „poszedłbym na całość”.
Galerią jest, co było kiszką
(Hugo). Mało brakowało,
a posunąłbym się za blisko.
Dobiegam prawie każdej lotki.
Serwując, stroszę trochę piórka.
Ona dobiega sześćdziesiątki,
ja już dobiegłem. Już mam z górki.
Diabelnie zgrabna, broni smecza.
Anielsko uśmiechnięta, mówi:
„Spróbowałyśmy się więc wmieszać
w tłum, który ruszył do komunii.
Wymamrotałyśmy »Bóg zapłać«
i hyc, do wyjścia zgodnie z planem...
Zanim się obejrzałam, stałam
z otwartą paszczą przed kapłanem”.
Znów od połowy, nie do końca.
I choć deficyt nie jest grzechem,
to jednak jest zawstydzający.
Taki mój defekt daje efekt.
Fobia społeczna jest przyczyną,
że jestem akwariową rybą.
Rozmawiam i popijam wino
trzymany za podwójną szybą.
Raczej miewam i bywam niż mam albo jestem.
Wina dolewa ona, a któż by.
Kiedy psychika jest więzieniem,
to wszyscy są z więziennej służby.
Niemieje świat tam, za przegrodą
z hartowanego szkła czy pleksy.
Jednak dowolny rodzaj głodu
czyni ten świat z powrotem sexy.
Lob. Skrót. W tył, w przód. Odwrót – pościg.
Do komunii podchodzić można wyłącznie z wiarą.
Łatwo się wyrzec spraw młodości,
ale skąd mam wziąć wdzięk na starość?
Uczciwie opisywać siebie
można jedynie z bardzo bliska.
Młotka do szyb mi bardziej trzeba
niż whisky, dziewcząt i lotniska.
Zmierzch niebieskawą rdzą nas złoci.
Wino przydaje jej czerwieni.
Samotny będę dzisiaj w nocy.
Z nocą samotność rośnie w cenie.
Uczciwe przemilczenie chyba
nie szkodzi światu jakoś bardzo.
A cisza też dosadna bywa,
gdy nią – jak czasem ja – pogardzić.
REPRODUKCJA (PRZYPIĘTY POST)
Kiedy Paweł zamyśla się nad wierszem zdaniowym i jego przyszłością.
Gdy przemeblowuję melinę, żeby zrobić miejsce gościom.
Gdy Matka mówi „Radź sobie sam” i Lazarillo wyrusza w świat.
Kiedy się budzę i kierunek od razu jest oczywisty.
Kiedy z wysokości przełęczy, jak z siodła, patrzę na karuzelę wzgórz.
Gdy Durny Jasio z terytorialsów dobywa różańca z rozporka i krzyczy: „Bóg jest święty!”.
Kiedy bawię się włosami śpiącej Magdy.
Kiedy zgniatam w garści kulkę papieru tak, jak w filmach kruszy się szklanki.
Kiedy wietrzy się pokój, zdejmuje obrazy, ściąga firanki i zrywa tynki.
I kiedy, obracając obraz świata Bogiem w dół, sprawdzam, czy naprawdę
tralka balustrady ma kształt odwróconej łydki Walentynki.




