W 1991 r. pracowałem w radiu w Opolu w charakterze ciecia. Fajna to była robota. Lokalne rozgłośnie nadawały program dwie godziny z rana i dwie po południu i tylko wtedy był jakiś ruch w Placówce Macierzystej. Miałem dużo czasu na czytanie i układanie wierszyków, czasem zamykałem radio na cztery spusty i szedłem grać w piłkę w godzinach pracy.
Oto jeden z utworów napisanych w późnocieciowskim okresie mej twórczości.
NASTĘPCA JANKIELA
Za późno zrozumiałem. Kiedy rozkładał zdjęcia,
gdy mówił o swoich występach na festiwalach folkloru,
gdy kazał mi czytać wycięty z prasy artykuł „Następca Jankiela”
i gdy wyliczał: „Znam melodie polskie, niemieckie, żydowskie...”,
sądziłem, że szuka zrozumienia dla pasji swojego życia.
„Rozumiem, ja sam, niech pan patrzy, też czytam sobie właśnie
taką książeczkę z tekstami żydowskich pieśni, ciekawa”.
Nic więcej nie powiedział. Rozumiem już – chciał podziwu.
W radiowym rozgardiaszu nikt prawie nie zważał na niego,
starego cymbalistę wytrzaśniętego do kilkuminutowej audycji
przez redaktorkę, której spóźnienie bezlitośnie rosło.
Wszyscy tu obeznani z ludźmi sławnymi, z gwiazdami,
co dla nich dziad cymbalista w wytartym kożuchu pod ścianą.
A przecież nie byle kim był, wyrastał ponad zwyczajność,
grywał na festiwalach, pisano o nim w gazecie.
A portier, nieszczęście chciało, był amatorem poetą,
tu i tam nagrodzonym i obeznanym z drukiem;
więc zabrał swoje wycinki i odszedł zwiedziony, nieważny.
91.05.12
W papierach funkcja moja nie nazywała się cieć, ale młodszy wartownik. Jak istotne znaczenie miała ta nazewnicza różnica, okazało się pod koniec roku, kiedy wyszedł jakiś przepis nakazujący wartownikom pracować z bronią. Od tej pory my, ciecie, mieliśmy nie tylko grać w nogę, zamykać i otwierać bramę, podnosić i opuszczać szlaban, ale też ostrzeliwać się w razie napaści z zewnątrz.
Któregoś dnia wezwał mnie naczelny rozgłośni, Witold Nowicki, i oznajmił, że policja nie wydała zgody na moją pracę z bronią. Bo było tak, że kiedy ktoś miał dostać do ręki albo – jak w naszym przypadku – do szuflady spluwę, to policja go sprawdzała. I policjanty z Opola zwróciły się do policjantów z mojego rodzinnego Ostrowca, czy nie istnieją przeciwwskazania, i okazało się, że istnieją, bo przecież jeszcze niedawno siedziałem w wariatkowie.
Trudno, nie postrzelam sobie. Ale Nowicki wymyślił, że w takim razie trzeba mnie awansować z ciecia na redaktora. Wszak stawałem się właśnie gwiazdą pokolenia Brulionu i moja sława dotarła nawet na opolską prowincję.
Nowicki to był fajny facet, jak na naczelnego nawet bardzo fajny. Będę jeszcze na niego psioczył w tej historii, niech zatem będzie wiadomym, iż nigdy nie przestałem doceniać, że postawił na takiego kulawego konia jak ja. Sam był reportażystą i dobrze się z nim gadało o reportażu radiowym, w którego arkana mnie wtajemniczał.
Pierwszy powód do psioczenia dał mi już niewiele później i miało to związek z moim pobytem w wariatkowie. Skoro już wiedział, że mam żółte papiery, namawiałem go do realizacji pomysłu, który chodził mi po głowie i nie dawał spokoju.
Niewiele wcześniej w psychiatryku w podkieleckiej Morawicy regulowałem swój stosunek do służby wojskowej tak skutecznie, że dostałem kategorię „trwale niezdolnego”. Byłem tam świadkiem potwornego znęcania się nad chorymi przez niższy personel szpitalny i współpacjentów, np. przestępców kierowanych przez sąd na obserwację. I wymyśliłem, że zgłoszę się tam znowu jako wariat, któremu się pogorszyło, wyposażony w udający walkman magnetofonik i nagram wstrząsający reportaż o tym, co ma tam miejsce na oddziale zamkniętym. Niestety, Nowicki odmówił mi wsparcia, zamiast tego palnął wykład o tym, że ho ho, panie Jacku, owszem, istnieje coś takiego jak dziennikarstwo śledcze, ale tym to my się nie będziemy zajmować. Mogłem mu się zrewanżować tylko wykładem o dziennikarstwie wcieleniowym i moi wariaci w Morawicy zostali pozostawieni sami sobie, koniec dygresji.
I tak w 1992 r. nie byłem już młodszym wartownikiem, ale „aplikantem” w redakcji muzycznej Polskiego Radia w Opolu. Zapatrzony, a raczej zasłuchany w Sławka Gołaszewskiego, wymyśliłem audycyjkę pt. „Dwa na jeden”, wzorowaną na jego „Domowym archiwum”. Między dwiema piosenkami czytałem swój felietonik, starając się czytać tak jak Sławek, głosem matowym, ale proroczym.
Efekty były opłakane. Choć chętnie publikuję archiwalia, nigdy nie starczyło mi bezwstydu, żeby pokazać światu swój debiut przed mikrofonem. Ale jego zapis przydał mi się w okresie rozkwitu Studni, kiedy Stiopa przeżywał redaktorskie załamanie, niezadowolony z własnego sposobu podawania tekstu w autorskim kąciku Studni. Pokazałem mu wtedy, z jak niskiego poziomu sam zaczynałem swoje wysokie loty i chyba rzeczywiście dodałem mu tym otuchy.
Trafiłem do redakcji muzycznej Edwarda Spyrki, bo głównym przedmiotem mojego zainteresowania była muzyka etniczna, zwana wtedy ludową, i jej nowoczesne interpretacje w ramach podbijającego świat nurtu folk. Muzykę ludową prezentowałem w audycji „Zielone granie”, a folk w audycji „Zielone granice”. Wymyśliłem też audycję „Blisko ziemi”, w ramach której jeździłem po okolicznych wsiach z mikrofonem na wierzchu i pytałem wieśniaków, jak się żyje.
Dość szybko dorobiłem się w radiu dwojga jeszcze prócz Nowickiego zwolenników. Jako pierwszą trzeba tu wymienić Ewę Lubowiecką, wiecznie zbuntowaną, wrażliwą na zło byłą aktorkę Grotowskiego. Pani Ewa odkryła we mnie „radiotę” i bardzo się z tego cieszyła: nie była już jedyną w opolskim radyjku radiotką. Z kolei Kazimierz Kowalski, gwiazda opolskiego życia literackiego, zdążył mnie pohołubić jako sekretarz redakcji PR w Opolu. Później przekonałem do siebie pracowitością i skrzętnie skrywanym, ale jednak niezaprzeczalnym wdziękiem osobistym, resztę redakcyjnej braci. Ostatni bastion nieżyczliwości padł w osobie Władysława Gawrońskiego, tego dyrektora technicznego, co to złotymi kulfonami zapisał się w historii Studni uwagą, że nie może się doczekać aż zamiast kaset chałupniczo produkowanych przez punkowe kapele zacznę przynosić na emisję wałki Edisona. Pan Władek, który ledwie-ledwie mi się odkłaniał, od dnia kiedy mnie pokazali w telewizorze kłaniał mi się już z daleka i w pas.
Natomiast z Kowalskim miałem, i właściwie mam do dziś, choć już nie żyje, spory problem. Zaznałem z jego strony samych dobrodziejstw i naprawdę sporo mu zawdzięczam, bardzo polubiłem jego syna Piotra, folklorystę i autora znakomitych – w odróżnieniu od pisaniny Ojca – książek antropologicznych. Jednak od pana Kazimierza z daleko waliło komuchowatością, chorągiewkowatością i służalczością niezbyt dobrze maskowanymi przez straszliwe samochwalstwo. Był zupełnie inny od Lubowieckiej czy Nowickiego, którzy wcześniej też długo tkwili w peerelowskim systemie i jako dziennikarze musieli mu służyć, ale w rozmowach z nimi od razu się czuło, że doznawali w komunie wielkiej niewygody. Są to kwestie intuicji i „nosa” i nie poruszałbym ich tutaj, gdyby nie potwierdzili ich Magda Blimel, była pracowniczka opolskiego radia i jedyna jego dziennikarka, która zapisała się do Solidarności w 1980 r., Nowicki, który pod pierwszym pretekstem (wiek emerytalny) Kowalskiego zwolnił oraz Zbigniew Bereszyński, który w pracy „Rewolucja »Solidarności« w stolicy polskiej piosenki (1980–1989). Postawy i rola społeczna twórców w czasach przełomu na przykładzie Opola” napisał:
Szczególnie dwuznaczną postawę polityczną przyjmowała inna postać ważna wówczas w literackim środowisku Opola: Kazimierz Kowalski, bezpartyjny prozaik i dziennikarz, wieloletni kierownik redakcji literackiej Rozgłośni Polskiego Radia w Opolu (od 1954 do 1983 r.). (…) W początkach 1981 r. por. Jan Smoliński z Wydziału II KW MO w Opolu pisał: „K. Kowalski ujawnił ostatnio chęć objęcia stanowiska prezesa opolskiego oddziału SDP i poczynił w tym kierunku pewne przedsięwzięcia. W rozmowie z sekretarzem POP [PZPR], red. [Stanisławem] Puzyną zaczął kokietować go możliwością zapisania się do partii, z drugiej strony zapewniał przedstawicieli NSZZ »Solidarność«, że jeżeli zdecyduje się wstąpić w ich szeregi, to po nim zapisze się 50 proc. radiowców, gdyż taki on ma autorytet”. W pierwszych tygodniach stanu wojennego Kowalski zaangażował się w organizowanie ruchu Obywatelskich Komitetów Ocalenia Narodowego, popierającego ówczesne władze. Został członkiem pięcioosobowej grupy inicjatywnej OKON w Opolu (…). Wśród czołowych działaczy PRON znalazł się także Jan Goczoł, redaktor naczelny miesięcznika „Opole”. W styczniu 1983 r. TW „Piotr” informował SB o wielkim rozczarowaniu, które miało spotkać Kazimierza Kowalskiego przy organizowaniu władz krajowych PRON. Zamiast Kowalskiego członkiem Tymczasowej Rady Krajowej PRON został Goczoł, zwyciężywszy w wyborach do władz wojewódzkich tej formacji. Kowalski, wymanewrowany przez swojego rywala, miał być z tego powodu „wyraźnie zawiedziony i załamany”.
O wszystkim tym, przestępując progi opolskiego radia, nie wiedziałem, ale bardzo mi to do moich intuicji względem Kowalskiego pasuje. Im bardziej mi schlebiał i sprzyjał, tym bardziej coś trudno uchwytnego mnie od niego odpychało. Miałem nawet coś w rodzaju wyrzutów sumienia, że nie potrafię zapałać cieplejszym uczuciem do niego. I powtarzam, że sam zaznałem z jego strony wyłącznie dobra.
Pod koniec 1991 r. zaprosił mnie do cyklicznej audycji o oryginalnym tytule „Przy kawie u Kazimierza Kowalskiego”. Nic ciekawego, ale żeby Was zmusić do posłuchania powiem, że w zachowanym fragmencie rozmawiamy o kobietach, że wypowiadam złote myśli w rodzaju „Kobiety to coś bardzo ważnego w moim życiu” i że słychać tam wszystkie moje przywary ludzkie i wady dykcyjne, z przesadnym domykaniem głosek nosowych na czele.
No i dobra, jako cieć wyniesiony przez falę przemian do godności aplikanta zacząłem tę swoją twórczość radiową. Kiedy okazało się, że w odróżnieniu od audycji „folkowych” w felietonikach radiowych nie tylko zajmuję się dupą Maryny, ale wyrażam się o niej w niesuperlatywach, Nowicki zażyczył sobie przedstawiania mu moich przemyśleń do akceptacji. Oto jeden taki mój tekst z naniesionymi jego ręką sugestiami, jak by było lepiej.

Jak widzicie, poprawki dotyczyły głównie kościółka i spraw jego. Jeśli mowa o kaznodziei w niezbyt pochlebnym kontekście, należało zdaniem Nowickiego podkreślić, że chodzi o kaznodzieję amerykańskiego. Popularność kościoła wśród młodzieży nie spada, tylko „chyba spada”, a on sam nie jest przewodnią siłą narodu, tylko mówi się o nim jako o takiej sile. Owszem, nazywa się kościółek Ciemnogrodem, ale nie „powszechnie”.
Minie parę lat i przyciśnięty do muru Nowicki zdradzi mi w zaufaniu i tylko za pomocą półsłówek, że zagorzałym słuchaczem Studni i niestrudzonym komentatorem jej zawartości jest sam Alfons Nossol, biskup opolskiej diecezji i wielki, chociaż nie koronny kanclerz wydziału teologii opolskiego uniwercytatu, który to uniwercytat również specyficznej wymowie biskupa Nossola zawdzięczał będzie swą nazwę… Ale na razie jest spoko. Nowicki zgłasza uwagi do moich felietonów, ale potem dyskutujemy je i niektóre z jego argumentów przyjmuję, niektórych nie. Zachowała się finalna wersja felietoniku kościelno-cyrkowego i widzę, że zgodziłem się na wyraźniejsze związanie kaznodziei z Ameryką i na tym koniec. Dziś postąpiłbym podobnie.

Na wypadek, gdybyście byli ciekawi sekretów radiowej alkowy od kulis kuchni: podkreślenia niektórych słów nie mają znaczenia dla spraw, o których mówimy, po prostu już wtedy miałem zwyczaj podkreślania słów na które musi paść akcent zdaniowy, na wypadek, gdybym czytał nieuważnie, o co w radiu łatwo.
W lutym 1993 r. Nowicki też zaprosił mnie do swojej audycji, nosiła oryginalny tytuł „Wierszem i prozą”.
Rozgłośnia Polskiego Radia w Opolu była specyficznym miejscem a rok 1993 był specyficznym czasem w jej historii. Rządzili tam starzy wyjadacze, którzy ostali się po umiarkowanej czystce związanej z przemianami ustrojowymi, przy czym wyjadacze ci dzielili się na starych i bardzo starych. Bardzo starzy reprezentowali klasyczny styl dziennikarstwa radiowego: profesjonalnego, ale układnego, nudnego, stroniącego od nadawania „na żywo” i bazującego raczej na spikerach niż autorach. Ci mniej starzy podążali, z grubsza biorąc, ścieżką bardzo wtedy popularnej Trójki: starali się robić żywe, atrakcyjne dla masowego słuchacza programy zajmujące się lokalnymi problemami. Jednocześnie ze wszystkich stron obficie napływał do radia młody narybek, bardzo potrzebny nie tyle nawet w związku ze wspomnianą czystką (choć też), co z przejściem z programu czterogodzinnego na całodobowy. Sadzano przed mikrofonem i dawano szansę każdemu, kto się do tego garnął. Moja kariera od szlabanowego do redaktora nie była niczym wyjątkowym, dziś w opolskim radiu dobiegają wieku emerytalnego Mariusz Majeran, który razem ze mną zaczynał od pracy w dziale reklamy i taśmotece, i Krzysiek Dobrowolski, który za moich czasów zaczynał jako radiowa złota rączka od wymiany żarówek i naprawiania klamek.
Wielu z tych ówczesnych młodych i radio, i swoją w nim rolę postrzegało zupełnie inaczej, niż ich starsi jeszcze nie koledzy. Spikerów i dziennikarzy zaczęli wypierać didżeje. Dla doświadczonych radiowców ta nowa fala była i trudną do zaakceptowania amatorką, i zagrożeniem. A przecież i wśród tych „starych”, i wśród „nowych” było wiele podziałów, „linii programowych”, wizji radia…
Osobną kwestią stanowiły relacje między działem programowym a technicznym. Bywają one trudne we wszystkich znanych mi rozgłośniach, taka już jest kolej rzeczy. Radio Opole nie nadążało za wzrostem sił dziennikarskich ze wzrostem sprzętowym. Po dziś dzień pytany jestem, dlaczego, trzymając w ręku mikrofon podczas publicznych wystąpień, robię z kabla pętlę, którą owijam wokół dłoni. To nawyk, którego nabrałem przez pierwszych sześć lat pracy w opolskim radiu. Mimo wielokrotnych napraw stary mikrofon, w jaki mnie zaopatrzono, miał tak poluzowane mocowanie kabla w obudowie, że straszliwie chrzęścił przy najmniejszym poruszeniu. Chyba nawet coraz bardziej po każdej kolejnej naprawie. Owijanie kabla wokół dłoni unieruchamiało go, ale i tak we wszystkich zachowanych nagraniach reporterskich z tamtych czasów słyszę znajomy chrzęst.
Lubiłem jeździć z tym mikrofonem, skoro nie miałem innego, po opolskich wsiach, po festiwalach muzyki ludowej i folk… Ale coraz bardziej ciągnęło mnie do świata muzyki zwanej wówczas alternatywną, do wychodzących z podziemia i wciąż tkwiących w nim jedną nogą rocka i punkrocka. Na początku 1993 r. pojechałem do Warszawy nagrać dla audycji „Muzycy i melomani o muzyce” Edwarda Spyrki rozmowy z muzykami zaangażowanymi w głośne wtedy akcje nagłaśniające problem piractwa muzycznego, z niedoszłym „Dniem bez muzyki” na czele. I z Tomkiem Lipińskim o tym też rozmawiałem, ale szybko zszedłem na bliższe mi wtedy tematy. I fajny rodowód piosenki „Jeszcze będzie przepięknie” poznałem przy okazji.
Ze swoim brakiem wykształcenia, wadą wymowy i anarchistycznym światopoglądem byłem jednym wielkim zaprzeczeniem tego, co dziennikarstwem radiowym się zwie. Jednocześnie byłem jednym z tych, którzy nie werbalnie, ale całą swoją postawą mówili starej załodze: ja wam pokażę, jak się robi radio. A nie da się jednocześnie być rewolucjonistą i nie być obrazoburcą… Wiele światów naraz zderzyło się w opolskim radiu na początku lat 90. Jeden z piękniejszych karamboli miał miejsce 2 maja 1993 r. Grunt pod obraz Radia Opole w tamtej pamiętnej dla mnie chwili został chyba położony. O samej Studni opowiem w następnym odcinku.




